Jak zostałem matematykiem, część I

Ze szkoły podstawowej niewiele pamiętam. Jedynie tyle, że w siódmej klasie miałem lekcje matematyki z praktykantką, która uczyła nas o trójmianie kwadratowym i z łatwością przyswoiłem sobie materiał.

W latach 1983-87 uczęszczałem do liceum ogólnokształcącego do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Program matematyki był uboższy od obowiązującego w klasie matematyczno-fizycznej. Ale już w drugiej klasie poznałem podstawy rachunku różniczkowego. Obecnie te rzeczy wykładam studentom pierwszego roku mechaniki i jest to ich pierwsze zetknięcie się z pochodnymi.

W pierwszych dwóch latach LO nie dostrzegałem u siebie jakichś zdolności matematycznych. Kiedyś na lekcji angielskiego padło pytanie, z jakiego przedmiotu jestem dobry, a z którym mam kłopoty. Nie pamiętam, z czego byłem dobry, ale wiem, że napisałem, że mam kłopoty z matematyką.

Mój nauczyciel z klas I, II i IV nie był zapalonym matematykiem, ale cechowała go duża solidność i jasność wywodów. Przerabiane na lekcjach zadania zaznajamiały mnie z tajnikami podstaw matematyki. Przełom nastąpił w III klasie. Na jeden rok zmieniono nam nauczyciela na człowieka świeżo po studiach informatycznych. Potrafił on jedynie przechwalać się znajomością pojęć z zakresu matematyki wyższej takich, jak funkcjonał liniowy  czy norma. Chyba w ten sposób chciał pokazać nam swoją przewagę. W kontakcie osobistym nie był zły, ale nauczycielem był marnym. I właśnie wtedy – chyba pod wpływem kiepskich lekcji – zacząłem samodzielnie przerabiać zadania ze zbiorów dla kandydatów na wyższe uczelnie. Odkryłem, że sprawia mi przyjemność dochodzenie do rozwiązania, obmyślanie strategii atakowania problemu. Szczególnie objawiło się to w geometrii analitycznej.

Spytałem wtedy sam siebie: czemu nie mógłbym zostać matematykiem? Kupiłem sobie informator dla kandydatów na matematykę na Uniwersytecie Śląskim i zacząłem rozwiązywać zamieszczone tam zadania przeznaczone na egzamin ustny. Było ich ponad 300. Do końca szkoły umiałem rozwiązać wszystkie. Ponadto porozmawiałem ze starszym o dwa lata kolegą, który studiował na pierwszym roku matematyki, a w LO kończył klasę ogólną, więc był w identycznej jak ja sytuacji. Tylko upewniłem się, że sobie poradzę. Bo skoro on dostał się na studia, czemu ja bym nie mógł…

Tak więc w połowie III klasy LO miałem pełną jasność co do wyboru przyszłego zawodu: zostanę matematykiem!!!

5 komentarzy

  1. Historia opowiedziana w tym poście urzekła mnie do tego stopnia, że już zabieram się za lekturę kolejnych. Chyba każdy prawdziwy student matematyki chciałby kiedyś zostać specjalistą w swojej dziedzinie 🙂

  2. Dziękuję za miły komentarz. Zachęca mnie do pisania tego bloga. Cyklu jeszcze nie skończyłem, chcę go doprowadzić aż do czasu, kiedy uzyskałem habilitację. Opowiedzieć o pracy naukowej, wielu konferencjach, wyjazdach. A na razie życzę Ci wielu sukcesów w studiowaniu matematyki. I możliwości powiedzenia o sobie: “ja też jestem matematykiem”.

  3. Ja nie wiem. Ja jakoś mam tak, że całki raczej ciężko było mi ogarnąć i zrozumieć, ale z pochodnymi, to poszło mi jak burza. To takie proste! Trzeba znać tylko te wzory, one są banalne.

    1. Samo obliczanie pochodnych rzeczywiście nie jest trudne. Zwróć jednak uwagę na zastosowania. Te nie zawsze są banalne.

      Sztuka prowadzenia samochodu nie polega na umiejętnym operowaniu pedałami i biegami. Do tego porównuję umiejętności rachunkowe.

      Dziękując za komentarz życzę tego rodzaju zdziwień: przecież to nie jest trudne!!! ☺

Dodaj komentarz