Jak zostałem matematykiem, część IV

Dotychczas na blogu zdążył pojawić się jeden komentarz (nie licząc mojej na niego odpowiedzi). Serdecznie zapraszam do komentowania postów.

Najtrudniejszy w czasie całych studiów był pierwszy rok. Wiązało się to z koniecznością przestawienia się na nowy tok pracy oraz inne klasy rozwiązywanych problemów. Kolejne lata były w zasadzie podobne do siebie. Systematycznie przygotowywałem się do kolejnych ćwiczeń, zdawałem egzaminy, w końcu napisałem pracę magisterską. Ciężka praca na pierwszym roku zaowocowała dobrą marką, którą miałem u wykładowców. Czasami pozwalało to na łatwiejsze zdawanie egzaminów.

Nakład pracy potrzebny do zaliczania kolejnych lat systematycznie malał. Na pierwszym roku pracowałem bardzo dużo. Przez drugi rok przeszedłem nabytym poprzednio rozpędem. Trzeci rok – wtedy już student wie, że studiuje. Znalazłem się na sekcji teoretycznej, gdzie było nas łącznie cztery osoby. Na niektóre ćwiczenia uczęszczaliśmy wspólnie z sekcją zastosowań matematyki. W zasadzie od tego roku wzwyż trudno już było wykładowcom zrobić nam jakiekolwiek kolokwium, bo po prostu się na to nie zgadzaliśmy. Zaliczaliśmy ćwiczenia na podstawie aktywności na zajęciach, a ta była duża. Czwarty rok – bardzo mało pracy, natomiast rozpoczęły się seminaria magisterskie. Pamiętam, że pomagałem w pisaniu prac koleżankom z piątego roku. Niektóre z nich są teraz szanowanymi nauczycielkami matematyki w szkołach średnich. A sam piąty rok to już niewiele zajęć. Ostatni wykład z logiki matematycznej i seminarium magisterskie. Dlatego podjąłem pracę asystenta stażysty w Filii Politechniki Łódzkiej w Bielsku-Białej w wymiarze 1/3 etatu. Wtedy przepisy pozwalały zatrudniać studentów ostatnich lat jako asystentów stażystów. A obecnie wspomniana uczelnia jest samodzielna i nazywa się Akademią Techniczno-Humanistyczną. Pracuję tu do dziś. Oczywiście obecnie jako profesor nadzwyczajny.

Pracę magisterską zatytułowaną O jednorodności przestrzeni topologicznych obroniłem w dniu 4 czerwca 1992 roku. Dzień ten pamiętam z dwóch powodów: trzy lata wcześniej odbyły się pierwsze w części demokratyczne wybory parlamentarne, a w ich wyniku powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego. A w dniu mojej obrony upadł trzeci już rząd w wolnej RP, kierowany przez Jana Olszewskiego.

Tak więc w tym dniu zostałem magistrem nauk matematycznych. Czy zostałem matematykiem? Wtedy wydawało mi się, że tak. Po latach sądzę, że stałem się nim znacznie później.

W następnych odcinkach tego cyklu postaram się napisać o ciekawszych egzaminach z okresu studiów i opiszę swą dalszą drogę nauczyciela akademickiego oraz pracownika naukowego. Zapraszam do lektury.

6 komentarzy

  1. Cykl “Jak zostałem matematykiem” opisuje moje prawdziwe doświadczenia. Warto poświęcić trochę (dużo) czasu na początku studiów. Potem będzie już tylko łatwiej. Życzę wytrwałości i udanej sesji egzaminacyjnej.

  2. Dziękuję bardzo 🙂 Rozumiem, że to prawdziwe doświadczenia i ciekaw jestem kolejnych wpisów bo bardzo dobrze się czyta i działa ja już wspomniałem wcześniej motywująco 🙂

  3. Blog jest w fazie rozwoju – istnieje niecały miesiąc. Planuję kolejne wpisy w terminach mniej więcej tygodniowych. Teraz będzie coś o matematyce. Planuję omówić zastosowania nierówności Schwarza w statystyce.

  4. Witam serdecznie 😀
    Czytając forum, przypadkiem natknęłam się na Pana i z ciekawości zajrzałam na bloga, jest wspaniały! Chodzę do 2 kl. LO mat-fiz, ciągle zastanawiam się, jaką drogę wybrać po maturze. M.in. myślę nad studiami matematycznymi. Ciągnie mnie do nich bardzo. Już w podstawówce miałam marzenie zostania ‘słynnym matematykiem’. Jedyne, co mnie odciąga od tego pomysłu, to myśl że sobie nie poradzę. Teraz idzie mi dobrze, może nawet bardzo dobrze, nie mam problemów z rozumieniem jej. Zwykle wolę sama rozwiązywać dane problemy, szukać własnych sposobów… mogę siedzieć godzinami przy matmie i daje mi to jedynie radość, ale i tak nie wiem, czy nadawałabym się na matematyka… chodzi mi o takiego prawdziwego matematyka-twórcę-naukowca.
    Bardzo cieszę się, że natknęłam się na tę stronkę. Pisze Pan właśnie o tym, co mnie najbardziej ‘gnębi’, zatem dziękuję!
    Chodził Pan do klasy biol-chem w liceum, czy ma Pan nadal zainteresowania tego typu, czy kategorycznie Pan już to porzucił? Ja dodam tak od siebie, że uczę się we własnym zakresie biologii, bardzo mnie ona ciekawi (szczególnie genetyka, neurobiologia) i się zastanawiam, czy dałoby się te moje oba zainteresowania w przyszłości połączyć, oczywiście będąc matematykiem z wiedzą podobną do Pana (to jest wszystko oczywiście czysto teoretycznie, wcale nie wiem, czy się w ogóle do czegokolwiek nadaję 😉 ).

    Raz jeszcze dziękuję i zarazem przepraszam za obszerny komentarz. Życzę powodzenia w blogowaniu i dalszych sukcesów!!! 😀

    1. Bardzo dziękuję za tak miłe słowa. Do klasy biologiczno-chemicznej trafiłem przez przypadek. Chciałem do ogólnej, ale że zdałem na egzaminie wstępnym chemię na piątkę (szóstek jeszcze nie znali), to zaproponowano mi klasę profilowaną i się zgodziłem. Zainteresowań biologicznych nie mam. Jednak biologię z matematyką łączy się z wielkim powodzeniem, jest nawet specjalna dziedzina wiedzy zwana biomatematyką. Opisy krążenia krwi za pomocą równań różniczkowych pomocne są w diagnostyce. Inżynierowie projektują sztuczne serca. Bez matematyki ani rusz. Jako ciekawostkę dodam, że jeden z moderatorów forum, o którym piszesz, jest doskonałym matematykiem, a studiuje… medycynę. Z pewnością wyjdą z tego bardzo dobre rzeczy.

      Życzę trafności w wyborze przyszłego zawodu i jeśli mój blog przyczyni się do tego (niekoniecznie chodzi o zawód matematyka), będę szczęśliwy.

Dodaj komentarz