Jak zostałem matematykiem, część VI

Mamy rok 1992, jestem świeżo upieczonym magistrem matematyki. Czy jestem już matematykiem? Oczywiście kończąc studia – jak mi się wtedy wydawało – byłem nim. W mojej opinii wiedziałem o matematyce wszystko. A czemuż inaczej, skoro przez pięć lat studiowałem jej nauki? Byłem ekspertem absolutnie od wszystkiego.

Na szczęście w odpowiednim momencie stanął na mojej drodze właściwy człowiek. On chyba do dziś nie zdaje sobie sprawy, jaką przysługę mi oddał. Naprawdę jestem mu bardzo wdzięczny.

Pracowaliśmy razem jako nauczyciele akademiccy. On – doktor z doświadczeniem, ja – młody magister. Zapewne dużo obserwował mnie i moje zachowania. Kiedyś próbował sobie długopis czy pisał coś z nudów. Umówmy się, że miał na imię A. Napisał: A jest matematykiem, Wąsowicz idiota. I ja to podejrzałem. Nie powiedziałem nic, a nawet się nie zdenerwowałem ani nie obraziłem (co zwykle w takich sytuacjach robię), tylko się zastanowiłem nad sensem tych słów. Przecież on, długo po doktoracie, na pewno dużo o matematyce wie – jak jej nauczać, jak prowadzić badania naukowe. A ja – wiem niewiele, a głoszę buńczuczne hasła będąc czasem denerwująco uciążliwym dla otoczenia.

W tamtym dniu zrozumiałem, że do miana matematyka jeszcze mi daleko.

7 komentarzy

  1. Być matematykiem brzmi elegancko, w końcu znaczna część populacji uważa matematykę za podstawę wszelkiej nauki. Też chciałbym zostać kiedyś zostać matematykiem. Czytam Pańskiego bloga, który powiem szczerze bardzo mi się podoba i nasuwa mi się jedno pytanie (oczywiście jeśli można) co Uważa Pan w swojej pracy za największy sukces zawodowy?
    Pozdrawiam

  2. Odpowiedź nie jest łatwa. Gdybym miał wybrać jedną rzecz, to sam fakt, że już mogę określać siebie mianem matematyka. Dużym sukcesem jest wynik mojej pierwszej pracy naukowej, do dziś szeroko cytowany. Za sukces dydaktyczny uważam to, że czasem studenci są wdzięczni, że miałem z nimi zajęcia. Kilka lat temu mijałem na korytarzu uczelni grupę studentów, ok. 10 osób. Zajęcia ze mną zakończyli już rok wcześniej. Jedna z dziewczyn spontanicznie i najgłośniej jak mogła wykrzyczała: jest pan najlepszym nauczycielem jakiego kiedykolwiek miałam. Do dziś jestem szczęśliwy.

  3. Dzień dobry.

    Przeczytałem Pana wpis i zupełnie nie podzielam takiego podejścia. Uważam, że nastawienie osoby, którą Pan opisuje było bardzo pyszałkowate. Być może wynikało z Pana zachowania. Nie mam możliwości ani chęci oceniania tego, tym bardziej na podstawie szczątkowych informacji.

    Chciałem zwrócić jedynie uwagę, że takie wartościowanie w mojej opinii jest bardzo niebezpieczne oraz odbiera ono ludziom radość z uprawiania matematyki, a nawet prowadzi do absurdów. Bo kto miałby prawo do nazywania siebie matematykiem? Osoba mająca x publikacji naukowych czy dokonująca czegoś przełomowego w matematyce? Kto miałby to prawo definiować? Czy regularnie biegając nie mam prawa nazywać siebie sportowcem? Przecież uprawiam ten sport kilka razy w tygodniu, więc dlaczego nie? Bo nie pobiłem rekordu w maratonie? Czy może dlatego, że nie przebiegłem go 50 razy?

    Według mnie matematykiem jest osoba uprawiająca matematykę – po prostu. Może, żeby odrobinę to sprecyzować, dodajmy do tego regularność i stosowanie nowoczesnych metod matematycznych, co za tym idzie może faktycznie osobę wyliczającą codziennie pieniądze, którymi płaci w sklepie, ciężko będzie nazywać matematykiem. Jednak daleki byłbym od mówienia, że osoba posiadająca tytuł magistra matematyki nie jest matematykiem. Sam takowego nie posiadam. Matematyka jest bliska mojemu sercu i gdybym miał się nazywać matematykiem, to określiłbym siebie jako “słaby matematyk” :).

    Również patrząc z perspektywy historycznej, trzeba zauważyć, że osoby, które dzisiaj nazywamy matematykami i które wywarły spory wpływ na matematykę, z perspektywy Pana podejścia takimi nie mogłyby się nazywać.

    1. Dziękuję za ten komentarz i wyrażenie opinii.

      Taka była moja refleksja i chyba taka jest jeszcze dziś. Teraz już uważam się za matematyka, a zacząłem to robić chyba wtedy, gdy po doktoracie potrafiłem już samodzielnie wytyczyć dalsze kierunki badań naukowych i takie przeprowadzić. Owszem, fakt uprawiania nauki nie jest warunkiem koniecznym bycia matematykiem, nie jest też wystarczającym. Czyż świetnych nauczycieli nie nazwiemy matematykami? Tych, którzy mają pasję, ambicję, zamiłowanie i po prostu kochają swój zawód? Jak najbardziej są oni matematykami.

      Nawiasem mówiąc, niedawno mój przyjaciel (i czytelnik bloga) powiedział mi w prywatnej rozmowie, że wolałby, aby rzecz, o której dyskutujemy, powiedziano mu wprost. Może człowiek, które te uwagi o mnie napisał, nie miał tyle cywilnej odwagi…

      Wdzięczny za Twój komentarz życzę wiele radości z obcowania z matematyką.

  4. Ten pogląd – szanownego autora bloga – wydaje mi się być zrozumiały. Jest to spojrzenie na matematyka poprzez pryzmat jego kompetencji. Oczywiście – jak pisze Anonim – jak najbardziej można uprawiać matematykę z zapałem, pasją i wieeelkim zaangażowaniem ale mieć mniejsze kompetencje do bycia matematykiem w rozumieniu autora bloga. Często tak jest, że punkt widzenia samego siebie jest tzw. lustrzany. Człowiek widzi samego siebie tak jak widzą go inni, czyli przez pewien pryzmat opinii drugiego człowieka. Kwestia ma wiele stron i moim zdaniem temat: kto jest matematykiem a kto nie, powinien być rozpatrywany w sensie tradycyjnej logiki zdań, lecz tu wchodzi w grę logika rozmyta. Tak jak w życiu – na świecie nie ma jedynie dwóch kolorów – czary i biały – pomiędzy są różne odcienie. Podam przykład: ludzie wyróżniają dwa rodzaje telewizorów, czarno-biały i kolorowy. A dlaczegóż to nie można nazwać czarno-białego kolorowym? Przecież występują przynajmniej dwa kolory – czarny i biały, nie wspominając już o różnych pośrednich czyli szarościach. Może za bardzo filozofuję.

    1. Cieszę się, że (po jakimś czasie) mój wpis skłonił do zastanowienia, przedstawienia własnych poglądów, dyskusji. W kategoriach mniejszych kompetencji chyba nigdy nie myślę. Nazwę to tak: inne kompetencje. Inne bowiem ma naukowiec, inne nauczyciel, jeszcze inne pasjonat nie związany z edukacją. Na tym etapie rozwoju, który opisuję, skłoniony do refleksji stwierdzeniem, o którym mowa w artykule, jeszcze nie dostrzegłem u siebie tych kompetencji, które uprawniałyby mnie do określenia się matematykiem. Pracowałem w uczelni wyższej, miałem na koncie pierwszą pracę naukową, mierzyłem wyżej. Przez ten pryzmat patrzałem. Z drugiej strony, wtedy nie byłem jeszcze zainteresowany popularyzacją, miałem małe doświadczenie naukowo-dydaktyczne. To przyszło z czasem. Dziś jestem matematykiem.

Dodaj komentarz