Jak zostałem matematykiem, część VII

W październiku 1991, będąc studentem V roku, rozpocząłem pracę na stanowisku asystenta-stażysty w Filii Politechniki Łódzkiej w Bielsku-Białej w wymiarze $\frac{1}{3}$ etatu. Obowiązujące wtedy przepisy dopuszczały taką możliwość. W tym czasie chyba przesądziło się, że będę pracował na uczelni wyższej, a swoją karierę zwiążę z działalnością naukowo-dydaktyczną. Prowadziłem tylko jedną grupę ćwiczeniową w Bielsku oraz uczestniczyłem w Katowicach w zwykłych zajęciach studenckich, których na ostatnim roku nie było zbyt wiele. Pamiętam, że jechałem do Katowic w poniedziałek, nocowałem w akademiku, we wtorek szedłem na zajęcia i wracałem do Bielska. Opłacanie akademika tylko po to, aby spać w nim tylko przez jedną noc w tygodniu, nie było sensowne, więc nie meldowałem się, ale waletowałem w swoim pokoju, bo kierowniczka uprzejmie nie dokwaterowała koledze żadnego współspacza. To były piękne czasy. Dość dobrze grałem na gitarze, więc poniedziałkowe wieczory i noce łączyły się z imprezami piwno-muzycznymi, a gdy przyjeżdżałem, dziewczyny bardzo się cieszyły. Oczywiście znalazłem czas na napisanie pracy magisterskiej i na pomoc kilku koleżankom w pisaniu ich prac.

Moja praca magisterska dotyczyła topologii mnogościowej i była zatytułowana O jednorodności przestrzeni topologicznych. Promotorem był prof. dr hab. Aleksander Błaszczyk. Obroniłem ją 4 czerwca 1992 roku. Od października podjąłem pracę w Bielsku już na pełnym etacie asystenta i jednocześnie uczestniczyłem w poniedziałkowych seminariach Zakładu Topologii na Uniwersytecie Śląskim. W tym czasie chciałem bowiem zrobić doktorat z topologii, którą bardzo lubiłem i lubię do dziś. Jednak nie udawało mi się wciągnąć w dobrą tematykę. Jednocześnie mój ówczesny szef powiedział mi, że owszem, mogę zajmować się topologią, ale dobrze by było, gdybym włączył się w badania prowadzone w Bielsku, a dotyczące równań i nierówności funkcyjnych. Nie było to pocieszające, bo z tą dziedziną zupełnie się jeszcze nie zetknąłem za wyjątkiem studenckiego wykładu z analizy matematycznej, gdzie udowodniono twierdzenie o ciągłych rozwiązaniach równania Cauchy’ego $f(x+y) = f(x)+f(y)$ w klasie funkcji $f:\RR \to \RR$ (przypomnę, że są one postaci $f(x)=cx$). Gwoździem do trumny (tak wtedy myślałem) okazała się konferencja naukowa w Krynicy, która odbyła się w lutym 1993 roku. Była to konferencja – a jakże – z równań i nierówności funkcyjnych, a tematem przewodnim była wtedy stabilność w sensie Hyersa-Ulama. Z około sześćdziesięciu referatów zdołałem zrozumieć dwa. Doszedłem więc do wniosku, że nie jest to moja dziedzina i zacząłem przemyśliwać o zmianie pracy i przeniesieniu się do Katowic, żeby spokojnie zajmować się topologią. Byłem nawet na wstępnej rozmowie z dyrektorem Instytutu Matematyki.

Jednak dalej rzeczy potoczyły się zupełnie niespodziewanie. Czy zostanę matematykiem? O mojej dalszej drodze w następnym odcinku.

Dodaj komentarz