Mistrz czy jego szkoła

W wielu muzeach można podziwiać dzieła znanych malarzy: Rembrandta, Rubensa i wielu innych mistrzów. Często są one podpisane jako szkoła Rembrandta itp. Bezimienny uczeń namalował obraz, a taki podpis na pewno nobilitował go bardziej niż własne nazwisko. Relacja mistrz–uczeń jest jak najbardziej prawidłowa. Czy jednak takie sygnowanie dzieł jest właściwe? Tego rodzaju praktyki można też zaobserwować w nauce.

Skryba

Jestem autorem bądź współautorem 28 prac naukowych opublikowanych w czasopismach naukowych o uznanej renomie. Pierwsza moja praca ukazała się w roku 1995, więc mówimy o okresie 21 lat. Średnio wypada ok. 1,3 pracy na rok. Nie jest to wynik imponujący, lecz ten dorobek (już na etapie 20 prac ok. roku 2009) pozwolił mi na otwarcie przewodu halilitacyjnego zwieńczone otrzymaniem stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk matematycznych.

Mój szef, prof. dr hab. Kazimierz Nikodem, ma w dorobku 82 prace (część we współautorstwie), z których pierwsza ukazała się w roku 1980. Daje to 2,27 pracy na rok. Dorobek ten jest znaczący i szeroko cytowany, a sam Profesor jest uznanym autorytetem naukowym w dziedzinie analizy wypukłej i funkcji wielowartościowych.

Zarówno Profesor Nikodem (jego osoba służy tu za przykład), jak i ja — Jego uczeń — znamy cały swój dorobek i potrafimy wskazać, w której pracy otrzymaliśmy konkretne wyniki. Mamy oczywiście kilka wspólnych prac (na zasadzie równorzędnego w nich udziału). Jest to prawidłowa relacja mistrz–uczeń.

Istnieją jednak giganci, których nie będę wymieniał z nazwiska. Jeden w okresie 40 lat opublikował 1095 prac (w wyłącznym autorstwie bądź we współautorstwie) ze średnią roczną 27,4 pracy. Inny w okresie 31 lat opublikował 916 prac ze średnią roczną 29,5 pracy. Tematyka badań tych matematyków koncentruje się wokół kilku problemów z jednej dziedziny. Prace są powtarzalne i publikowanie niemal hurtowo. Nie sądzę, aby obaj autorzy, których mam na myśli, znali wszystkie te prace. Osobiście jestem przekonany, że autorami są ich uczniowie. Mistrzowie (do których być może należą pomysły, które w szczegółach rozwijają uczniowie) stają się współautorami prac. Jak każde publikacje naukowe, bywają one lepsze lub gorsze. Trudno jednak je recenzować widząc nazwisko mistrza, który stał się sławny m. in. wskutek dużej liczby opublikowanych prac. Jak odrzucić wyniki, które obiektywnie są słabe, ale (współ)autor (z takich czy innych powodów) cieszy się uznaniem? Czy uczeń powinien zdobywać sławę podpierając się nazwiskiem mistrza? Odpowiedź na to pytanie pozostawię zainteresowanym.

Dla równowagi Pál Erdős (uznawany za mistrza matematycznej współpracy) w latach 1934–1999 (ostatnie prace ukazały się pośmiertnie) opublikował 1429 prac ze średnią roczną 22 prac. O renomie zarówno tego naukowca, jak i jego współautorów, nie trzeba przekonywać. Tematyka prac dotyczy bardzo wielu dziedzin matematyki.

Podsumowując, nie można twierdzić, że duża liczba opublikowanych prac świadczy o przeciętnych bądź niezbyt wielkich umiejętnościach uznanego (współ)autora. Są przypadki potwierdzające tę tezę, są przypadki jej zaprzeczające. Osoby, których nazwiska pomijam milczeniem, mają wśród ogromnej liczby opublikowanych prac również wartościowe wyniki, pomysły oraz idee, których są autorami. Tak więc niewątpliwie mają duże zdolności matematyczne, ale też i marketingowe. Nie zawsze ilość przeradza się w jakość. O tę ostatnią każdy z nas powinien dbać w dobrze pojętym interesie własnym oraz ogólnonaukowym.

6 komentarzy

  1. Są też i tacy, którzy wyniki swoich przemyśleń chowają w szufladach, dziś już nieliczni, ale i tak ze szkodą dla ludzkości.

    1. Jednym z nich był Stanisław Mazur. Dla przykładu w latach trzydziestych udowodnił wspólnie z Andrzejem Turowiczem (bratem dziennikarza Jerzego) pewne twierdzenie aproksymacyjne typu Stone’a-Weierstrassa. Sprawa wyszła na jaw pod koniec życia Turowicza. Mazur po prostu był zdania, że jego wyniki nie są jeszcze doskonałe i można je zawsze poprawić. Ale (SW) nie można poprawiać w nieskończoność, kiedyś trzeba coś opublikować. 🙂

      1. Oczywista, kiedyś należy a nawet nie zwlekając zbytnio z tym aktem. Ale jak chce się by nikt nie mógł dopisać się do twierdzenia, dowodu, by było nazwane od “mojego nazwiska” i trudności w ulepszeniu są niemożliwe do przebycia, to leży takie w szufladzie i czeka na przypadkowe odkrycie przez porządkującego spadek. Swoista chytrość uczonych którzy najczęściej są przegrani w tym wyścigu do odkryć.

        1. Zagwarantować sobie pierwszeństwo odkrycia naukowego w dzisiejszych czasach jest łatwo. Wystarczy opublikować draft na jednym z serwerów preprintów (arXiv, rgmia,…), albo opowiedzieć o wyniku na większej konferencji.
          Moim zdaniem najlepszą metodą ochrony wyniku jest głośne opowiadanie o nim. Skutek może być tylko pozytywny: wszyscy się dowiedzą, może ktoś dorzuci jakiś pomysł, a wreszcie może ktoś poda kontrprzykład i unikniemy kompromitacji 🙂

  2. Znam osobiście jednego z matematyków, o których piszesz. Powiem nawet, że w 5 promilach przyczyniłem się do jego osiągnięć. I muszę powiedzieć, że patrząc na skutki jego działań twierdzę, że pozytywy przeważają nad negatywami.
    Jakość prac wychodzących ze „stajni” X jest różna, zdarzają się błędy, powtórzenia, ale dzięki temu, że wyniki nie leżą w szufladach stają się inspiracją dla innych. A czegóż nam potrzeba, aby robić matematykę? Są wśród nas mistrzowie, wskazujący drogę. Są wyrobnicy, zamieniający idee mistrzów w konkret. X nie ma chyba równych w roztaczaniu opieki nad tymi drugimi. A jednocześnie jest doskonałym organizatorem, znanym i cenionym autorytetem i przesympatycznym człowiekiem.

    Ile trzeba, aby zostać współautorem pracy? To jest pytanie, na które odpowiedzieć może chyba tylko jej pomysłodawca. Rzadko zdarza się, aby udział współautorów był jednakowy. Zwykle ktoś ma pomysł, albo wykluwa się on w czasie wspólnych dyskusji. Obliczenia prowadzone kilkoma torami równocześnie mogą dać interesujące rezultaty i skierować badania na nowe drogi. W takim przypadku raczej nie ma wątpliwości, że wszyscy uczestnicy tego procesu są współautorami, choć próby przypisywania procentowych zasług są, moim zdaniem, bez sensu.

    Zdarza się także, że pomysł „zapali” rzucona mimochodem na seminarium lub na korytarzu uwaga kolegi, który z tematem pracy nie ma nic wspólnego. Czy uznać go za współautora? Tu sprawa może być trudniejsza, bo może się on zapierać rękami i nogami, minimalizując swoje zasługi. W takim przypadku to kwestia uznania, ale i etyki autora. Jedno jest pewne – w jakiś sposób tę rolę w procesie twórczym należy podkreślić.

    I jeszcze jedna rzecz, która mnie nie przestaje zadziwiać do dziś. Kiedy jakieś dziesięć lat temu oglądałem warunki jakie należy spełnić, aby otworzyć przewód doktorski, na stronie www jednej z polskich uczelni medycznych znalazłem wymaganie posiadania wspólnej pracy z promotorem (!).

    1. Dziękuję za ciekawą wypowiedź uzupełniającą mój wpis i prezentującą nieco inny punkt widzenia.

      Ostatnie zdanie o wspólnej pracy z promotorem jest powalające. Ale przyznam, że to kryterium spełniłem. 🙂

Dodaj komentarz