Ostatnio miałem okazję przeczytać kilka książek angielskiego pisarza, reportażysty i podróżnika Bernarda Newmana. W książce Rowerem przez Polskę w ruinie ukazuje czytelnikowi obraz naszego kraju w roku 1945 widziany z perspektywy obcokrajowca, który na dodatek spotyka się z wieloma postaciami życia politycznego, naukowego czy kulturalnego oraz ze zwykłymi ludźmi reprezentującymi niemal wszystkie profesje. W jednym z rozdziałów znajdziemy kilkadziesiąt urywków przypadkowych rozmów autora. Moją uwagę zwrócił tu następujący cytat.
Nawet jeśli uwzględni się obecne trudności ekonomiczne, podstawa wynagrodzeń w Polsce jest zaburzona. Może jest błędem płacić profesorowi trzy razy tyle co hydraulikowi, ale z całą pewnością jest błędem płacić hydraulikowi trzy razy tyle co profesorowi.
Okazuje się, że w dwudziestoleciu międzywojennym (lata 1918–1939) profesor zwyczajny zarabiał od trzech do nawet pięciu razy więcej niż zwykły nauczyciel i około siedmiokrotnie więcej niż robotnik. Takie informacje są powszechnie dostępne. Można studiować roczniki statystyczne lub wyszukać odpowiednie artykuły.
Gdy w roku 1944 władzę w Polsce przejęła Krajowa Rada Narodowa, która po zakończeniu II wojny światowej przekształciła się w podległy radzieckiemu zwierzchnictwu rząd, proporcje wynagrodzeń odwróciły się. Trudno się temu dziwić, jeśli w czasach komunizmu gloryfikowano pracę fizyczną, a elity społeczne w postaci nauczycieli, literatów, naukowców itp. nazywano darmozjadami i wrogami ludu. A nawet kilka lat temu usłyszałem z ust bliskiej mi osoby, że powinienem nauczyć się pracować. Bo przecież prawdziwa praca to praca fizyczna.
Początek mojej pracy zawodowej (1991) przypadł na wczesne lata po transformacji ustrojowej, która dokonała się w roku 1989. Zarobki nauczycieli, nie tylko akademickich, były w tym czasie tak mizerne, że dała się zauważyć masowa fala odejść z zawodu. Wtedy to od doświadczonego już kolegi usłyszałem znamienne słowa: jedni udają, że pracują, a drudzy udają, że płacą.
Do dziś powszechne jest dorabianie do nauczycielskiej pensji. Etaty w liceach, praca w kilku szkołach, udzielanie korepetycji. Nie jestem gołosłowny, potrafię imiennie wskazać ileś przykładów. Sam również zajmuję się prywatnym nauczaniem i w ciągu kilku lat osiągnąłem na tym rynku dość znaczącą pozycję. Wiele z prowadzonych przeze mnie zajęć przyczynia się do stałego rozwoju i znacznie ubogaca mój warsztat zarówno merytoryczny, jak i dydaktyczny. Gdyby jednak moje zarobki na etacie profesorskim były w stanie zapewnić godziwy byt rodzinie, czy musiałbym prowadzić działalność gospodarczą? W uprawianiu nauki osiągnąłem wiele, ale czy nie otrzymałbym jeszcze bardziej znaczących wyników poświęcając się jedynie pracy etatowej?
Trudno tu gdybać. Mój obecny profil zawodowy zapewnia rodzinie jako takie przeżycie, a prywatne nauczanie, prawdę mówiąc oparte na matematycznej pasji, dostarcza mi wiele radości. Jeśli jednak wspomniane dysproporcje płacowe zauważa, i to osiemdziesiąt lat temu, obcokrajowiec, to (mówiąc kolokwialnie) coś jest na rzeczy. Kolejne ekipy rządzące traktują temat nauczycielskich wynagrodzeń z podobnym podejściem. Dopóki to się radykalnie nie zmieni, do nauczycielskiego zawodu będą trafiać ludzie przypadkowi, którzy jeszcze szybciej będą z niego odchodzić. Na giełdach pracy, a nawet w prywatnych kontaktach spotykam wiele ogłoszeń o poszukiwaniu nauczyciela. Ale gdy usłyszę, jakie są oferowane warunki finansowe, nawet nie podejmuję rozmów. Mimo wszystko uczelnia płaci znacznie więcej i tego na osiem lat przed przejściem na emeryturę należy się trzymać.

Witaj Szymon,
moja żona studiowała w latach 1992-1997 na Uniwersytecie Wrocławskim. Raz-dwa razy w roku jechałem do niej moim rozlatującym się „maluchem” do Wrocławia (a byłem już wtedy asystentem na uczelni). Oczywiście z południa Polski do Wrocławia jechało się wtedy rozbudowującą się autostradą A4. Raz jeden żona zaproponowała mi żebyśmy zatrzymali się w muzeum wsi opolskiej (podobne do skansenu pod Pszczyną). Więc się zatrzymaliśmy. Chodzimy sobie i oglądamy domy (nie dopuszczam słowa „chałupy”!!!). Różne są tam domy: a oto dom kowala, a oto dom rolnika, a oto dom szewca, itd. Zbliżamy się więc do największego domu we wsi. Z daleka widać, ze ten dom jest najlepiej urządzony. Wchodzimy do środka i widzimy salę lekcyjną. Dom ma podłogi drewniane (nie klepisko), wyheblowane ściany wygładzone wapnem. I oto co (!) – w rogu stoi dzbanek z wodą i miednica! W dzisiejszych czasach chyba to byłoby coś niby „klimatyzacja” – ludzie młodsi mogą się śmiać! Mówię więc do żony: „Wtedy w Polsce potrafili docenić nauczycieli”. A żona replikuje -„Wtedy to były ziemie niemieckie”. To prawda. Szczęka mi na podłogę opadła.
W roku 1995 byłem w Niemczech. Służbowo na uczelni we Frankfurcie. Profesor zaprosił mnie na kolację. I ten Profesor pokazał mi swoje 4 auta – jedno z nich to była Skodia Fabia. Powiedział, że kupił to żonie jako siatka na zakupy za dwie wypłaty W tym czasie z moim szefem (obecnie dr hab. inż. WJ) dojechaliśmy tam małym fiatem cinquecento.
Do dziś jeżdżę tzw. wyższym modelem tzn. fiatem seiciento (ha! ha! ha!), około 23 letnim. Jak mówią niektórzy sąsiedzi „Przecież ty nic nie robisz”
Kolejny przykład na to, że nie jesteśmy gołosłowni…
To chyba znasz – taki dowcip. W opisywanym temacie.
Profesorowi matematyki zaczął przeciekać kran. Wezwał więc hydraulika, który sprawnie wymienił uszczelkę. Po tym jak hydraulik wystawił rachunek za usługę profesor zbladł i mówi:
– Szanowny Panie – to czego Pan żąda to połowa mojej pensji :-(.
Hydraulik się trochę zlitował i nieznacznie obniżył cenę, ale jednocześnie polecił profesorowi, aby ten zapisał się w stowarzyszeniu rzemieślników na kurs hydraulika. Tylko ostrzegł profesora:
– Jak Pana będą pytać przy zapisach o wykształcenie to proszę powiedzieć, że ma Pan 7 klas podstawówki, bo jak się Pan przyzna do wyższego wykształcenia to Pana nie przyjmą.
Profesor zrobił, jak mu hydraulik polecił i od tego czasu nie tylko sam potrafił zreperować coś u siebie w mieszkaniu ale także u znajomych, sąsiadów, rodziny itp. . I nawet jego sytuacja finansowa się zaczęła poprawiać – dodatkowe źródło zarobku.
Jednak zarząd stowarzyszenia rzemieślników podjął kiedyś decyzję o tym, iż wszyscy hydraulicy w mieście mają uzupełnić wykształcenie do pełnego podstawowego. Cóż było robić – profesor zapisał się do 8. klasy w najbliższej podstawówce. Na jednej z pierwszych lekcji matematyki zostaje wyrwany do tablicy i pani od matematyki oczekuje, że profesor przypomni klasie wzór na pole koła. Jak na złość profesor zapomniał. Zapisał więc równanie okręgu, przekształcił do postaci funkcyjnej, rozważył tylko dodatnie wartości i stosując rachunek całkowy zaczął wyprowadzać wzór na pole okręgu. Po chwili otrzymuje wzór: „minus pi er kwadrat”. Nie podoba mu się ten minus ale nie widzi, gdzie popełnił błąd. Odsuwa się więc od tablicy, patrzy na swoich kolegów w ławkach wzrokiem prosząc o podpowiedź, wzrusza ramionami. A wszyscy koledzy jak jeden mąż mówią do niego: „Zamień, baranie, miejscami granice całkowania”.
Prawdę mówiąc wymowa tego dowcipu jest smutna. Gdybym godziwie zarabiał na wersji profesorskiej, nie musiałbym podejmować działalności gospodarczej i udzielać korepetycji. Niestety, podejmowanie dodatkowych prac jest w Polsce powszechne od zawsze. Potwierdza to Bernard Newman, którego książki ostatnio czytam. Wybierał się do Polski w latach 1934, 1946 i 1958, więc mógł śledzić zmiany w każdej praktycznie dziedzinie życia. Ma doskonałe analizy społeczno-polityczne. Seria książek ma wspólny tytuł Rowerem przez…
Dzień dobry, przypadkiem trafiłem na Pana blog i bardzo się dziwię temu, co Pan pisze. Tak się składa, że też pracuję jako profesor na uczelni – i absolutnie nie mogę powiedzieć, że moje zarobki są niegodziwe. Co więcej – gdy widzę pracowników na budowie jak w upalny dzień ciężko pracują fizycznie, gdy widzę kasjerów, którzy ciężko pracują, gdy ja już wracam do domu – zastanawiam się, czy proporcje nie są odwrócone – na korzyść pracowników nauki.
Ciekawe, czy to kwestia dysproporcji wynagrodzeń na różnych uczelniach czy różnego spojrzenia na te same sprawy? Tego się pewnie nie dowiemy, Panie Profesorze…
Dziękuję za komentarz. Nie wycofuję się z ani jednego zdania, które napisałem. Jak Pan słusznie zauważa, możemy mieć rożne spojrzenie na tę samą sprawę. Owszem, można dobrze zarabiać na grantach. Ale ich przydział przez NCBR właściwie został wstrzymany ze względu na aferę sprzed dwóch czy trzech lat.
Nie wiem, czy forumowicz „Ambasador” jest matematykiem. Ja nie jestem. Mam bardzo kiepskie pojęcie o statystyce. Ale czy Profesor „Ambasador” nie uważa, że kwantyle wynagrodzenia powinny pokrywać się z kwantylami wykształcenia? Jak chcesz Szymon to możesz nanieść poprawki, zedytować, dodać coś o mnie (ale bez danych personalnych) itp.
Zgodnie z prośbą i sugestią — bez personaliów. MSt jest osobą, którą znam od lat licealnych. Wiele lat pracowaliśmy w tym samym budynku, ale również w prywatnych szkołach. Wbrew temu, co napisał, statystykę zna naprawdę nieźle. Była mu potrzebna w pracy naukowej. Matematyka na poziomie liceum i wyższym nie stanowi dla niego tajemnic. Co prawda rzeczywiście matematykiem nie jest, ale kilka razy zastępował mnie, gdy chorowałem, i to z dużym powodzeniem. Cenię sobie jego uważne czytanie mojego bloga i trafne komentarze.
Jak już w ten sposób o mnie napisałeś to podsumuję to pewnym cytatem: „Zbytek łaski” :-). To cytat z Teatru Telewizji z roku 1990. Przedstawiono tam adaptację sztuki jakiegoś niemieckiego pisarza. Znany i bogaty kompozytor Haendel (Roman Wilhelmi) podejmuje niezwykle wykwintną kolacją nieznanego i biednego kompozytora Bacha (Janusz Gajos). W czasie kolacji Haendel uświadamia sobie (gdy obaj raczą się nawzajem próbkami swoich fortepianowych kompozycji), że oto spotkał kompozytora, któremu do pięt nie dorasta. Proponując mu kolejne wykwintne posiłki, słyszy od swojego gościa grzeczną odmowę: „Zbytek łaski”. Tak czasami odpowiadam, gdy ktoś mnie zaprasza choćby na herbatę :-). Ale to chyba nie jest do publikowania na Twoim blogu. Byłby to po prostu „Zbytek łaski”.
Zawsze fajnie się patrzy z perspektywy innych osób na nasze otoczenie, często przyzwyczajamy się do różnych rzeczy i już ich nie zauważamy, ostatnio oglądałem serię reportaży Polaka, który jeździ po świecie i opisuje jak widzi różne rzeczy, super się to ogląda!
Dziękuję za odwiedziny mojego bloga. Zapraszam do szerszego zapoznania się z jego treścią, a jest tutaj trochę felietonów.