Jak zostałem matematykiem – post scriptum

Ponad dwa lata temu zakończyłem pisanie cyklu Jak zostałem matematykiem. Gorąco zachęcam do jego przeczytania. Dziś nadszedł czas post scriptum. Minęło już sześć i pół roku od uzyskania stopnia naukowego doktora habilitowanego, przybyło doświadczeń, można na pewne sprawy spojrzeć z dystansem. Zapraszam do lektury.


Jak zostałem matematykiem - post scriptum

Prace nad rozprawą habilitacyjną prowadziłem w latach 2003–2010. Wtedy to ukazała się ostatnia praca naukowa wchodząca w jej skład i można było wszcząć przewód habilitacyjny. Zrobiłem to jeszcze w starym systemie, z kolokwium habilitacyjnym. Przewód przeprowadził Instytut Matematyki Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Tytuł rozprawy brzmi Wybrane własności uogólnionych funkcji wypukłych. W wielkim skrócie aparat teoretyczny dotyczył podparć funkcji wypukłych względem układów Czebyszewa, a zastosowania poszły w kierunku analizy numerycznej i szacowania błędów kwadratur (tzn. metod przybliżonego obliczania całek).

Powołano czterech recenzentów. Trzech znałem, czwarty był wielką niewiadomą. Mimo, że ustawowy termin wykonania recenzji wynosił trzy miesiące, czekałem na nie około ośmiu miesięcy. Był to długotrwały stres. Czy recenzje będą pozytywne? Nikomu nie życzę takiego oczekiwania. Mówię zawsze, że ludzie dzielą się na tych, co jeszcze przed i na tych, co już po. Byłem przed i niezmiernie się denerwowałem. Z perspektywy czasu, będąc już dawno po (słowa te piszę sześć i pół roku po zakończeniu przewodu) mogę powiedzieć, że nerwy były niepotrzebne. Wszystkie bowiem recenzje okazały się pozytywne, a recenzja, której się najbardziej obawiałem, była najpochlebniejsza. Ale czy mogłem to wtedy wiedzieć?

Kolokwium habilitacyjne odbyło się 24 maja 2011 roku. Po przedstawieniu głównych tez rozprawy nastąpiła dyskusja, podczas której sprawdzono moją matematyczną wiedzę. Było zdecydowanie lepiej niż podczas egzaminu doktorskiego. W końcu byłem już doświadczonym matematykiem. W części niejawnej przegłosowano przyjęcie kolokwium i dopuszczenie mnie do wygłoszenia wykładu habilitacyjnego. Przygotowałem cztery tematy, spośród których komisja wybrała jeden. Dotyczył twierdzenia Szarkowskiego, jednego z ważniejszych dokonań w teorii chaosu deterministycznego. Po zakończeniu wykładu, w kolejnej niejawnej części posiedzenia, przyjęto go i nadano mi stopień naukowy doktora habilitowanego nauk matematycznych. Jako specjalność wpisano równania funkcyjne.

Od kliku lat trwa wzmożona dyskusja nad zniesieniem habilitacji. Kto ją podejmuje? Osobiście sądzę, że najgłośniej krzyczą osoby, których na habilitację zwyczajnie nie stać. Nie chodzi oczywiście o aspekt materialny. Inna dyskusja dotyczy trybu przeprowadzania przewodów habilitacyjnych. Obecnie nie ma kolokwium habilitacyjnego, a decyzja o przyznaniu bądź nie przyznaniu stopnia doktora habilitowanego odbywa się bez udziału habilitanta będąc osobliwym przykładem sądu kapturowego.

Jestem szczęśliwy, że mogłem zrobić habilitację ,,po staremu”. Kolokwium habilitacyjne było moim czasem, moimi pięcioma minutami. Mogłem stanąć twarzą w twarz z komisją i recenzentami oraz bronić swych tez w bezpośredniej rozmowie i dyskusji.

Jestem szczęśliwy i z tego, że mam polską habilitację. Do niedawna niektóre osoby przeprowadzały swoje przewody poza krajem. Grono matematyków upodobało sobie Słowację. Tamtejsze zasady były prostsze, oprócz umiejętności naukowych oceniano też dorobek dydaktyczny. Była to pewnego rodzaju droga na skróty. W tym czasie habilitował się na Słowacji jeden ze znajomych. Jego kwalifikacje naukowe oceniam bardzo wysoko i nie mam żadnych wątpliwości, że bez problemu zrobiłby i polską habilitację. Jednak chyba jego uczelnia potrzebowała szybko samodzielnego pracownika nauki (tak mówi się o doktorach habilitowanych i profesorach), dlatego zdecydowano się na drogę słowacką. Ale sam fakt, że wspomniana osoba tłumaczyła mi, żebym sobie nie myślał, że taka habilitacja jest kiepska, że recenzentami są tacy a nie inni naukowcy o uznanym w świecie matematyki autorytecie itp., pokazał jakiś dyskomfort. Znajomy czuł potrzebę wyjaśnienia zaistniałej sytuacji pewnie będąc świadomym, jak niektórzy słowackie habilitacje postrzegają.

Okres prac nad habilitacją był dla mnie bardzo intensywny. Miałem głowę pełną pomysłów, które za wszelką cenę chciałem zrealizować. Żona radziła, abym odpoczął. Ja jednak miałem swoje racje i nie zwolniłem tempa. Po jakimś czasie odbiło się to na moim zdrowiu. Dlatego wszystkim radzę, aby po uzyskaniu stopnia doktora czy po habilitacji co najmniej pół roku odpoczęli. Nie chcę, aby musieli odreagowywać długotrwały stres. Ja to przeżyłem. Może dlatego sam będąc recenzentem rozpraw doktorskich staram się być empatyczny.

Już w następnym dniu po kolokwium habilitacyjnym dziekan mojego wydziału przyznał mi istotną podwyżkę pensji. Drugą taką podwyżkę otrzymałem po ośmiu miesiącach, gdy zatrudniono mnie na stanowisku profesora nadzwyczajnego.

Obecnie wciąż pracuję na tym stanowisku czyniąc starania o uzyskanie tytułu naukowego profesora. Czy zdołam to uczynić? Czas pokaże.

6 komentarzy

  1. Gospodarz we wspomnianym cyklu zaprezentował dość konserwatywny pogląd na to kogo można nazwać matematykiem. Ten moment następuje jego zdaniem w okolicach habilitacji.
    A czy inni Czytelnicy się z tym zgodzą?
    Można podać przykłady ważnych twierdzeń, których autorzy nie zrobili habilitacji, albo nawet doktoratu. Duński matematyk Johan Jensen, którego wkładu m.in. w teorię funkcji wypukłych na tym blogu nie trzeba przypominać, nie miał żadnego stopnia naukowego. Pracował jako inżynier, a matematykę uprawiał w wolnym czasie.
    Chyba kiedyś była też tu mowa o twierdzeniu Rode. To jest jedno z głębszych twierdzeń w teorii. Jego autor Gerd Rode ma doktorat, ale w młodym wieku zrezygnował z pracy na uczelni na rzecz innego zawodu. Nie wyobrażam sobie nie nazwać go matematykiem. Podobnych przykładów jest wiele.
    Czy Czytelnicy są skłonni uznać, że matematykiem staje się gdy udowodni się swoje pierwsze własne twierdzenie? A może gdy ukaże się pierwsza samodzielna publikacja? Albo pojawi się pierwsze cytowanie?

    1. Dziękuję, Włodku, za opinię. Tak, to jest mój pogląd, co nie oznacza, że jest jedynym obowiązującym. Jak pokazałeś, jest wiele dróg wiodących do miana ,,matematyk”. Ale też nie wiem czy nie zrozumiałeś moich intencji opacznie. Jak pokazuję pewną drogę – swoją. Drogę ewolucji. Subiektywnie mówię o sobie, kiedy zacząłem określać siebie matematykiem. Ale nie znaczy to, że jest to przepis stosujący się do każdej osoby związanej z Królową nauk. 🙂 Jestem jak najdalej od tego, aby osobom mającym dorobek matematyczny, ale nie posiadającym stopni naukowych, odmawiać miana zaszczytnego określenia ,,matematyk”. Matematyka to stan ducha, gotowość do podjęcia intelektualnego wysiłku. Nie stopnie.

  2. Zaryzykuję stwierdzenie, że zwolennikami zniesienia habilitacji są też ludzie, którzy widzą w niej jeden z elementów podtrzymujących “feudalny” system na uczelniach.

    1. Ten feudalizm jest faktem ale nie systemowo, tylko personalnie. Dopuszczają się go konkretne osoby. Znane są fakty dopisywania się współautorów do prac naukowych nie będących w żadnej części ich dziełem, znane są przypadki przeprowadzania wykładów przez zastępców. Ale to są sprawy konkretnych osób i z takimi wynaturzeniami należy walczyć.

      Obecnie stopień naukowy doktora bardzo się zdewaluował (doktorat może zrobić niemal każdy). Dlatego habilitacja nie jest konieczna. Jest NIEZBĘDNA!!! A kto widzi w niej wspomniane podtrzymywanie feudalizmu, ma wygodne wytłumaczenie. Może jest reprezentantem osób, których nie stać na habilitację (w sensie opisanym w artykule)?

  3. Myślę, że to takie czepianie się słówek. W szkole średniej matematykiem będzie profesor od matmy, w podstawówce pani od rachunków, na uczelni człowiek zatrudniony na etacie dydaktycznym lub dydaktyczno–naukowym w zakładzie matematyki…

    Matematykiem jest ten, kogo środowisko uznaje za matematyka (jeżeli jest samotnikiem, to wszystko mu jedno czy będzie matematykiem czy kimkolwiek innym) i myślę, że stopnie i tytuły naukowe nie mają tu żadnego znaczenia. Wszak w środowisku i tak wiadomo ile czyj tytuł jest wart.

    Na uczelni habilitacja jest rzeczywiście koniecznością, bo w większości przypadków jej brak jest równoznaczny z końcem kariery (co jest bolesne w wieku 36–40 lat), ale przykłady innych krajów wskazują, że bez niej można się obyć. Natomiast to, co jest niezbędne, to rzetelna i regularna ocena dorobku, ze wszystkimi tego konsekwencjami. A to niestety u nas jest słabym punktem. A jednocześnie punktem, gdzie często zaczyna się uczelniany feudalizm.

Dodaj komentarz