Jak zostałem matematykiem, część X

Pora na mały jubileusz – dziesiąty odcinek serii.

W roku 1996 wygłosiłem w Katowicach referat związany z otwarciem przewodu doktorskiego. Na Uniwersytecie Śląskim jest to zwyczajowe. Na najbliższym posiedzeniu Rady Instytutu Matematyki uchwalono otwarcie przewodu, a na promotora powołano prof. dra hab. Kazimierza Nikodema. Recenzentami zostali dr hab. Andrzej Nowak, prof. UŚ, z Uniwersytetu Śląskiego, prof. dr hab. Andrzej Smajdor z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie oraz prof. dr hab. Michał Kisielewicz z Uniwersytetu Zielonogórskiego (ilekroć używam stopni i tytułów naukowych oraz nazw uczelni, odnoszę się do stanu dzisiejszego). Recenzenci rozprawy byli jednocześnie egzaminatorami z matematyki. Wyznaczyli tzw. pensum, czyli zakres materiału, który powinienem opanować do egzaminu doktorskiego. Od prof. Nowaka otrzymałem twierdzenia typu Scorza-Dragoniego i multifunkcje typu Carathéodory’ego. Prof. Smajdor zadał mi książkę Stanisława Łojasiewicza Wstęp do teorii funkcji rzeczywistych (znałem ją już ze studiów magisterskich, bo na niej oparła swój wykład z funkcji rzeczywistych żona Profesora, Pani dr hab. Wilhelmina Smajdor). Prof. Kisielewicz zadał mi teorię punktów stałych odwzorowań wielowartościowych (czyli multifunkcji). Wyznaczono też egzaminy z języka angielskiego i ekonomii.

Zająłem się napisaniem rozprawy doktorskiej. Zatytułowałem ją Twierdzenia o selekcjach a twierdzenia o odzielaniu. Wyniki były już od jakiegoś czasu gotowe, należało je tylko zredagować. Później sprawy potoczyły się względnie szybko. Recenzje, egzaminy, w tym matematyka. Same recenzje rozprawy były pozytywne, a z uwag recenzentów wiele się nauczyłem.

Egzamin z ekonomii wspominam miło. Jakiś czas przed nim wybrałem się do egzaminatorki celem wyznaczenia pensum. Spytała mnie, czego chcę się nauczyć. Byłem na to przygotowany. Ponieważ wykładałem wtedy matematykę finansową, powiedziałem, że czegoś z tego zakresu. Otrzymałem badanie efektywności projektów inwestycyjnych za pomocą tzw. NPV oraz IRR, z czego byłem zadowolony, bo poszerzyłem wiedzę. Język angielski – standardowo gramatyka. Egzaminatorką była pani, w której za czasów studenckich podkochiwał się rocznik mojego promotora (była od nich tylko kilka lat starsza).

Jednak nie wszystko szło tak gładko, jak to opisuję. Najwięcej kłopotów sprawił egzamin z matematyki. Pensa od recenzentów nie były najmniejsze, opanowanie materiału było stresujące i czasochłonne. Na szczęście w semestrze zimowym roku akademickiego 1996/97 przebywałem na urlopie naukowym, co zwalniało mnie z obowiązku prowadzenia zajęć dydaktycznych. Dwa tygodnie przed obroną rozprawy nadszedł dzień prawdy – egzamin doktorski. Wszedłem do sali egzaminacyjnej, w niej komisja przewodu i… rozpoczęło się. Otrzymałem pytania, zgodne z pensum. Jednak moje odpowiedzi były zbyt opisowe, komisja spodziewała się szczegółów, także dowodowych, precyzyjnych założeń. A ja starałem się opisywać rezultaty, o które mnie pytano, z jakiejś perspektywy. Nie mogłem sobie jeszcze na to pozwolić, bo moje doświadczenie naukowe nie było wielkie. Ale sobie pozwoliłem, co nie spotkało się chyba z przychylną oceną komisji. Więc – mówiąc krótko, egzamin nie poszedł najlepiej i do dziś wspominam go traumatyczne. Jednak jasno zaznaczę, że z powodu mojego sposobu przygotowania się. Komisja była miła, pytania takie, jakich mogłem się spodziewać, a egzamin zdałem.

Nadszedł dzień obrony: 1 lipca 1997. Obrony rozpraw doktorskich są publiczne, może przyjść kto tylko ma ochotę. Zaprosiłem rodziców, także koleżanki i kolegów ze studiów. Sala była wypełniona. Na początku odczytano mój krótki życiorys, następnie w ciągu piętnastu minut przedstawiłem główne tezy rozprawy. Potem odczytano recenzje i po moim ustosunkowaniu się do nich rozpoczęła się publiczna dyskusja nad rozprawą. Niestety, pytań nie pamiętam, a nie mam ich zapisanych. Po zakończeniu dyskusji zakończyła się jawna część obrony i komisja przewodu udała się na naradę. Po jej powrocie uroczyście odczytano protokół. Komisja jednomyślnie przyznała mi stopnień doktora nauk matematycznych w zakresie matematyki.

Po zakończonej obronie zaprosiłem komisję i inne wybrane osoby na uroczysty obiad. Jest to bardzo miły zwyczaj, niestety dziś już zanikający. A – jak powiedział prof. Kisielewicz, było to wesele naukowe. Który z państwa młodych zrezygnuje z wesela? O tempora, o mores!.

Pokonałem więc kolejny stopień kariery naukowej. Miałem wtedy na koncie trzy opublikowane prace naukowe i rozprawę doktorską. Ale matematykiem jeszcze się nie nazwałem, choć znacznie (sądząc z perspektywy czasu) przybliżyłem się do możliwości takiego określenia swojej osoby. Czas opieki prof. Nikodema skończył się. Wkroczyłem w dorosłe życie naukowe.

2 komentarze do “Jak zostałem matematykiem, część X

  1. Takie opowiadania są zawsze interesujące, człowiek w swoim życiu przeważnie spotyka kogoś kto jest matematykiem i wie tylko, że zajmuje wysoką pozycję, ale przeważnie nie ma pojęcia jak do niej doszedł, a to przeważnie jest najciekawsze. Ile do dzisiaj napisał Pan prac? Proszę zwrócić uwagę na błąd po fragmencie „Dwa tygodnie przed obroną rozprawy…”. Coś niedobrego się wkradło.

    • Dziękuję za uważne czytanie i stałe wizyty na blogu połączone z komentowaniem. Rzeczywiście – wkradł się czeski błąd w pisowni komendy generującej myślnik.

      Cieszę się, że tak postrzegasz ten cykl. Jednym z celów, jakie sobie stawiam, jest przekonanie Czytelników, że matematycy są jak najbardziej zwykłymi ludźmi. Same stopnie naukowe i pozycja – jak mówisz – wysoka, wynikają z drogi awansu zawodowego. Być może jednak zachęcę kogoś do wybrania tej drogi.

      Do dziś napisałem 28 prac naukowych, około połowy samodzielnie, drugą połowę we współautorstwie. Aktualny spis moich publikacji możesz znaleźć wchodząc na stronę O mnie tego bloga. Link podaję w sekcji Działalność naukowa.

Napisz komentarz